Patrzyłem w ekran telefonu przez ponad godzinę.
Czekałem.
.
.
.
Czekałem.
.
.
.
Czekałem.
.
.
.
Cisza.
Powoli zaczął docierać do mnie bezsens oczekiwania.
Irytacja sięgała zenitu.
Przecież się umówiłem.
Zawsze, że swojej strony byłem słowny.
Odstawiałem rodzinę na boczny tor, byle dotrzymać słowa.
To było wartością.
Wymagania stawiane przez coraz bardziej zapędzone społeczeństwo ocierają się o absurd.
Idąc do sąsiada na kawę muszę się z nim umówić dwa dni wcześniej, inaczej jestem persona non grata.
A jeśli sąsiad wyjdzie, to przecież miał prawo zapomnieć.
Lecz w drugą stronę...???
Znacie to?
Dość mam tego świata.
Tego pędu.
Kurestwa.
I tak w końcu umieramy sami.
To każdy z nas z osobna, jak w wszyscy razem przebywamy drogę na szczyt.
Rozglądamy się wokół siebie i co widać?
Pustkę i...
.
.
.
I jedyne z czego człowiek może być dumny w takiej chwili to, to, że życie przeżył z godnością i podniesionym czołem.
.
.
.
Umarłem.
czwartek, 12 września 2019
Cel.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz